Himalaje - Trzy przełęcze.

Tutaj zamieszczamy relacje z naszych górskich wypraw/wyjazdów.
-relacje fotograficzne z krótkimi opisami
-relacje tekstowe z kilkoma zdjęciami
-ciekawe porady dotyczące danych rejonów
-czego unikać, co warto zobaczyć

Moderator: Moderatorzy

kazber
 
Posty: 83
Dołączył(a): Śr 02 lis, 2016
Ulubione góry: Skaliste

Himalaje - Trzy przełęcze.

Wt 23 kwi, 2019

Himalaje - Trzy przełęcze (Kongma La - 5535 m, Cho La -5368 m, Renjo - 5360 m).

Piszę jeszcze z Kathmandu w oczekiwaniu na odlot do domu a w planie już jesienny pobyt.
Na początku wszystko układało się dobrze. Dwa dni wystarczyły na zobaczenie tego co w tym mieście najciekawsze. Przez te dwa dni zrobiłem około 40 km. Gdybym wiedział jak to miasto wygląda i funkcjonuje to bym ten pobyt skrócił do jednego.
Niestety musiałem przedłużyć o kolejne dwa ponieważ nie mogłem wydostać się z lotniska. Do Lukla odlatywały tylko poranne samoloty.
Byłym sfrustrowany i niepocieszony. W podobnej sytuacji była para z Niemiec i mieszkaniec New Jersey. Nie mogłem zrozumieć jakim cudem wszyscy odlecieli. Niemka wywęszyła, że Chińczycy dawali łapówki pracownikom Tara Airliners. Gdybym to ja wiedział to też bym chętnie dał a tak, to straciłem dwa dni. Zrobiłem niesamowitą awanturę i obiecano mi, że 1 kwietnia odlecę pierwszym samolotem. Bogu dzięki tak się stało.

1 kwiecień.
Kiedy z okna samolotu patrzyłem na Himalaje stres minął. Bylem ponownie bardzo szczęśliwy, byłem w moich wymarzonych Himalajach.
Na lotnisku oczekiwał na mnie mój nepalski towarzysz na najbliższe 18 dni.
Zjadłem śniadanie, przepakowałem plecak wręczając mu do niesienia słodycze, jerky, kawę, kakao, herbaty oraz drugą parę butów i śpiwór. Zaznaczyłem, że produkty spożywcze będę z nim dzielił i tak było do ostatniego dnia.
Wyruszyłem z ochotą przed siebie i już po dwóch godzinach marszu wiedziałem, że mogę spokojnie pokonać odcinek do Namche Bazar.
Mój towarzysz troszkę oponował ale w kontrakcie zaznaczyłem, że decyzje podejmuję ja a on jest głosem doradczym.

W Namche (3440 m) spędziliśmy dwie noce. Drugiego dnia wybraliśmy się na trek aklimatyzacyjny. Zrobiliśmy tzw loop dodając do naszej wysokości ok 500 m. Po 4 godzinach byliśmy w naszej lodge (Zambala). Z naszej dzisiejszej wysokości rozpościerał się wspaniały widok na przepiękne 6, 7 i 8-tysięczniki.
Byłem w siódmym niebie i gotowy do kotynuacji.
Już pierwszego dnia zauważyłem, że Naba traktuje mnie jak frajera. Przeprowadziłem z nim poważną rozmowę i myślę, że pomogło nam to obu.

3 kwietnia.
Wyszyliśmy w kierunku Pangboche - 3930 m. Przejście tego odcinka zabrało nam 7 godzin. Zatrzymaliśmy się w lodge gdzie na jednej ze ścian jadalni wisiały dwie polskie flagi z nazwiskami uczestników wypraw na bardzo techniczną górę Ama Dablam - 6814 m. Wzruszyłem się a w oczach zakręciły się łzy. Wcześniej tego dnia popłakałem się obserwując młodych Nepalczyków dźwigających na swoich plecach potężne pakunki. Naba powiedział, że waga czasem dobija do 80 kg. Było mi bardzo przykro.

4 kwietnia.
Wyruszyliśmy w kierunku Dingbche - 4410 m. Byłem lekko podłamany bo ostatniej nocy obudziłem się 50 minut po północy i już dalej nie było snu. Powtórka z ostatniego pobytu w Peru. Chciałem zostać na miejscu i zrobić kolejny dzień aklimatyzacyjny. Naba powiedział, ze będzie lepiej jak zrobimy jeszcze jeden odcinek. Posłuchałem i wyruszyliśmy. Po 3 godzinach doszliśmy do celu. Na lunch zjadłem zupę czosnkową po której zaczęło mi potwornie burczyć w brzuchu.

5 kwietnia.
Dzień aklimatyzacyjny w Dingboche. Na śniadanie toast, dwa jajka i jeden litr wrzątku ($2.50). O 7:50 wyruszyliśmy w kierunku Nangkartshang Gompa. Bez większych problemów weszliśmy na wysokość 5116 metrów. Przed nami wspaniały widok na cztery strony świata. Pół godziny później pojawiły się chmury i zaczęliśmy schodzić.

6 kwietnia.
Idziemy do Chhukhung - 4730 m. Wychodząc planowaliśmy, że przedłużymy sobie dzisiejszy treking i wejdziemy na Chhukhung Ri - 5550 m a w kolejny dzień aklimatyzacyjny przejdziemy się do Island Peak Base Camp.
Wydawało się, że pójdzie nam łatwo a tu w połowie trasy zaczął padać śnieg.
Sypał już do końca dnia i musieliśmy zmienić plan.
To był bardzo nudny i długi dzień. Od Dingboche jest już bardzo zimno. Piecyk w jadalni rozpalają dopiero około 17:00. Wysuszone odchody yaków służą za paliwo. W połowie tego krótkiego odcinaka Naba zarządził postój i wskazał palcem na postument owinięty bialoczerwoną flagą. W postumencie widoczna tablica pamiątkowa z nazwiskami naszych rodaków, którzy stracili życie w Himalajach min. Jerzy Kukuczka. Ponownie łzy i łamiący się głos.

7 kwietnia.
Aklimatyzacja w Chhukhung. Padało całą noc. Zimno jak cholera i nadal pada. Mimo niesprzyjającej pogody postanowiliśmy wejść na szczyt.
Po minie Naba widziałem, że nie podchodził do tego entuzjastycznie.
Niestety, doszliśmy tylko do wysokości około 5200 m i zrozumiałem, że dalsze pchanie się w górę nie ma sensu. Przy ciagle prószącym śniegu zawróciliśmy i bardzo ostrożnie rozpoczęliśmy schodzenie. Żaden z nas nie wpadł na pomysł aby zabrać ze sobą spikes. Tego wieczoru poznałem dwóch przesympatycznych, młodych braci z Warszawy. Idą w przeciwnym kierunku i dziś przechodzili przez Kongma La ostrzegając mnie przed nią.
Bogu dzięki tuż przed zachodem słońca rozpogodziło się.

8 kwiecień.
Dziś wspinaczka na moją pierwszą przełęcz - Kongma La - 5535 m. Wyszliśmy przy pięknej słonecznej pogodzie o 6:50. O 14:15 byliśmy w Pyramid Lodge - 5050 m (30 minut od Lobuche w kierunku Gorak Shep). Byłem zmęczony i chciałem dobrze wypocząć. Za $45 dają wszystko z wyjątkiem alkoholu. W cenie - jedzenie, picie, gorąca kąpiel i ładowanie wszelkich urządzeń elektronicznych. Byłem zadowolony bo odczułem wielką troskliwość ze strony zarządzającego mengera. Bardzo sympatyczny człowiek w przeszłości nauczyciel szkoły średniej.
Był to dla mnie najcięższy dzień ale pełen niesamowitych wrażeń. Gdyby tak jeszcze trochę głębokiego snu.

9 kwiecień.
Gorak Shep - 5140 m. Miejsce, do którego dziennie zmierzają setki jak nie tysiące. Większość tych ludzi nie powinna tam być. Miejsce, które mnie najbardziej rozczarowało podobnie jak Mona Lisa w Luwrze.
Do lodge doszliśmy bardzo szybko. Po krótkim odpoczynku pozostawiliśmy plecaki w moim pokoiku i z małymi dziennymi plecaczkami wyruszyliśmy w kierunku Kala Patthar - 5550 m. W połowie naszej wspinaczki trochę się przejaśniło i Naba przypomniał mi o zdjęciach. Zrobiłem kilka i ociężale ruszyliśmy dalej. Bez słońca było zimno i wiał silny wiatr. Podziwiam tych co wychodzą na tą górkę na wschód słońca. Doszliśmy do szczytu a po kilku minutach zaczęliśmy schodzić. Wróciliśmy do lodge na lunch. Ja zjadłem jak zwykle sherpa stew a mój przewodnik to co mu dali. Dodaliśmy do naszej diety po kawałku czekolady i wyruszyliśmy na podbój Everest Base Camp - 5364 m.
Pogoda była pod psem ale jak już wspomniałem ludzi nie brakowało.
Byłem bardzo zadowolony, że tak szybko to obskoczyliśmy i już jutro opuszczamy tą zakorkowaną autostradę.

10 kwiecień.
Dzisiejszy odcinek wiedzie nas do Dzonglha - 4830 m.
Szło się ok. Mój prowadzący zarządził po drodze 3 przerwy. Na jednej z nich usiedliśmy na ławeczce zbudowanej z kamieni. Za plecami mielismy skarpę. Zaczęliśmy jeść po batonie gdy nagle ze skarpy runęło na nas stado yaków. Naba, ja i nasze plecaki wyszliśmy cało. Ucierpiały nasze kije. Byłem wściekły na cały świat ponieważ nie wyobrażam sobie chodzenia bez kiji. Kląłem jak szewc. Wystraszony Naba z właścicielem yaków zaczęli zabawę z kijami. Dziwię się ale poskładali to jakoś, a po zastosowanu Duct Tape kij był super i dotrwał do końca. Po powrocie do domu wymienię middle section. Do przejścia dzisiejszego odcinka potrzebowaliśmy 4 godzin i 35 minut.
Dzisiejszy poranek był mroźny ale słoneczny. Najczęściej jest tak, że rano pogoda sprzyja a około południa pojawiają się chmury i deszcz lub śnieg.
Podają, że jest to dobry okres do chodzenia ja jednak spróbuję jesienią.
Przed wyjściem na trasę zastanawiałem czy jeszcze raz nie wejść na Kala Patthar. Odwiodła mnie od tego zamiaru znajoma turystka z Chin trzęsąca się z zimna, która tego ranka oglądała ze szczytu wschód słońca.
Zakończyliśmy nasz dzień w najlepszym jak do tej pory lodge. Było bardzo schludnie i czysto. Pochwaliłem właścicielkę i chyba w nagrodę dostałem pokój od strony słonecznej.
Nie wiem jak to działa ale czasem dopisują mi do rachunku opłatę za pokój a czasem nie. Najczęściej opłata to równowartość $5. W kilku miejscach widziałem w menu, że jeśli nie korzysta się z jedzenia opłata za pokój może być podniesiona do $20. Przygotowując ten wyjazd czytałem w wielu miejscach, że można się utrzymać za $20 - $25. W moim przypadku jest to najczęściej $25 - $30. Trzeba płacić za wszystko, za wrzątek i podładowane telefonu, który przecież i tak najczęściej nie działa. Miejscowi proponują bardzo słabiutkie wi-fi za $2-$3.
Już pierwszego dnia pobytu w Nepalu kupiłem miejscową sim card ($18). Korzystałem z data każdego dnia wykorzystując przede wszystkim gps podczas moich włóczęg. Podczas perypetii z wydostaniem się z Katmandu przydał się telefon do kontaktu z moim towarzyszem podróży i poznanym wcześniej taksówkarzem a data do znalezienia noclegu (airbnb).

11 kwiecień.
Od kilku dni na śniadanie zamawiam michę zupy z makaronem przypominającej nasz makaron ale bez oczek. Na lunch (tuż po przyjściu do lodge) sherpa stew (warzywne) a na obiad (18:00 - 19:00) dal bath tarkari.
Podczas wędrówki uzupełniamy kalorie batonami itp. niesionymi przez Naba.
Nadal piję moją kawę (końcówka) i herbatę (coca tea przywieziona z Peru i zalecana przez tamtejszych w wysokich górach).
Dzisiaj przeszliśmy drugą przełęcz - Cho La - 5368 m. Było łatwiej niż na Kongma La może dlatego, że ciut niżej. Wejście zajęło nam jedną godzinę i 55 minut. Od 4 dni niosę w plecaku mój śpiwór i liner. Naba ma tylko moją drugą parę obuwia i wspólne snacks.
Trasa w wyższych partiach pokryta śniegiem i lodem. Czasem kije nie wystarczały i trzeba było bezpośrednio używać rąk. Przy zejściu założyłem spikes.
Do lodge w Dragnag - 4700 m doszliśmy o 11:20. Od lat lubię przychodzić wcześnie bo mam wtedy większy wybór miejsca pod namiot czy tak jak teraz pokoju. Mam czas na umycie się (przecierka wipesami) i drobną przepierkę.
Dziś było większe pranie ponieważ świeciło słońce a na moich koszulkach z długim rękawem było widać sól. Przyczyną tego obfite pocenie. Min. przez to pocenie przeszedłem na wełnę merino.
Widoczność dzisiejszego dnia była bardzo dobra a o widokach nie piszę bo przecież wiadomo - jesteśmy w Himalajach.

12 kwiecień.
Krótki spacer (1 godzina i 40 minut) do Gokyo - 4790 m. Większość po lodowcu. Z rana pogoda, widoczność i widoki doskonałe. Po zakwaterowaniu w przyzwoitym lodge tuż nad brzegiem (niestety) wciąż zamarzniętego, turkusowego jeziora umówiliśmy się, że o 10:30 wychodzimy na Gokyo Ri - 5357 m.
Już z lodge widziałem, że nie będzie to łatwe podejście. W połowie dostałem boleści brzucha bo przed wyjściem zjedliśmy po dwa batony, w których były orzechy. Bogu dzięki po krótkiej przerwie i solidnym uzupełnieniu wody przeszło mi.
Widoki z Gokyo Ri powalają z nóg. Szkoda tylko, że nie trafiliśmy na dobrą pogodę. Byliśmy padnięci i dopiero po godzinie poprosiliśmy o lunch.

13 kwiecień.
Dziś miało być relaksowo i przyjemnie. To dzień na odpoczynek.
Byliśmy zadowoleni, że wczoraj weszliśmy na Gokyo Ri, bo dzisiaj był schowany w chmurach.
Mimo zachmurzenia postanowiliśmy trzymać się planu i rozpoczęliśmy nasz „spacer” wzdłuż lodowca Ngozumba do 5-tego jeziora skąd rozpościera się najlepszy widok na Mount Everest. Widać tylko jego, bez towarzystwa.
Po wczorajszym czułem się zmęczony i szło mi się bardzo ciężko. Na trasie było dużo mokrego śniegu i trzeba było często z niej schodzić i robić obejścia.
Często oglądałem się do tylu i wiele raz miałem ochotę zawrócić ale było mi wstyd przed moim szerpą wyjść z taką propozycją. Pokornie podążałem za nim często zapadając się po kolana w śniegu. Po drodze minęliśmy trójkę innych śmiałków, którym towarzyszył przewodnik. Inni zawracali przy pierwszym jeziorze. Dobrnęlismy do punktu widokowego, przy nienajlepszej widoczności zrobiłem kilka zdheć, zjedliśmy nasze dzisiejsze snacks i zaczęliśmy wędrówkę powrotną. Przed nami, nad Gokyo widać było ciężkie deszczowe chmury. Wkrótce zaczął siąpić deszcz. Lekko przemoczeni ale szczęśliwi dotarliśmy do drzwi naszeg lodge. Plan został wykonany.

14 kwiecień.
Prawie za progiem lodge rozpoczęło się łagodne podejście na naszą ostatnią przełęcz Renjo Pass - 5360 m. Wiedziałem, że będzie ciężko ale było jeszcze gorzej bo do zmęczenia i bezsenności doszły jeszcze problemy żołądkowe.
Wyszliśmy z półgodzinnym opóźnieniem ponieważ po raz kolejny musiałem odwiedzić wc. Bardzo mi się podobają te kucane przybytki, z których najchętniej korzystam. Są też normalne ... ale najczęściej w obrzydliwym stanie. Trzeba mieć swój papier, który po użyciu wrzucamy do kosza.
Prawie całe podejście pokryte było śniegiem większość szła w micro spikes. Zazwyczaj podchodzę bardzo wolno ale unikam przerw ponieważ po każdej przerwie mam problem zgrania oddechu z krokiem. Po 2 1/2 godzinie byliśmy na przełęczy. Stąd ostatni już widok na stojący dumnie w oddali Mount Everest. Kilkanaście pamiątkowych zdjęć, spikes na buty i ruszyliśmy do ostrego zejścia. Po godzinie byłem totalnie wyczerpany. Ze względu na żołądek pilem bardzo mało i nic nie jadłem. Musiałem znaleźć ustronne miejsce aby sprawdzić żołądek. Bogu dzięki wszystko było ok. Z moich wnętrzności wydobył się tylko potęzny grzmot. Dołączyłem do mojego kolegi i uspokoiłem go pokazując kciuk. Szybko zjadłem kawał czekolady i ruszyliśmy raźno przed siebie bo pogoda ponownie zmieniała się naszą niekorzyść a przed nami jeszcze długa droga. 45 minut przed dotarciem do celu rozpoczęła się śnieżyca , której towarzyszył silny wiatr prosto w nasze twarze.
Nie pamiętam, o której dotarliśmy do Lungdhen - 4380 m.

15 kwiecień.
Bogu dzięki skończyły się moje nocne problemy z krótkim oddechem. Spałem snem sprawiedliwego. Nadal jest bardzo chłodno i wciąż korzystam z kołder, które są w pokojach. Przykrywam tylko nogi bo zawsze jest mi najtrudniej rozgrzać stopy. Mam ze sobą ciepłe skarpety do spania oraz merino leginsy i podkoszulek z długim rękawem. Mój śpiwór to Marmot Helium 15 (~-9 C). Jak będzie następny raz to wezmę lżejszy bo wszędzie można poprosić o kołdrę.
Na noc do śpiwora wkładam butelkę z wodą aby mieć ciepłą do porannego umycia zębów, 1/2 l termos z coca tea, iPhone, power banks (niepotrzebnie wziąłem dwa), i krople do uzdatniania wody. Zabranie termosa to strzał w dziesiątkę.
To nie był specjalnie udany dzień. Planowaliśmy, że po przybyciu do Thame - 3610 m, wejdziemy na nasz ostatni 5-tysięcznik Sunder Mountain (5368 m). Naba nie wyglądał najlepiej i wyczytałem w jego spojrzeniu, że kompletnie nie ma ochoty. Prawdopodobnie ma już mnie dosyć i myślami jest już z rodziną pozostawioną w Lukla.
Około 12:30 poinformowałem go, że wychodzę. Niebo zachmurzone ale co miałem robić. Po drodze w górę minąłem klasztor buddyjski z myślą, że wstąpię popatrzeć przy zejściu. Trasa niezbyt uczęszczana, prowadząca stromo pod górę i kamienista. Nie było widać żywego ducha. Kiedy zaczęło mżyć i otoczyła mnie gęsta mgła pojawiły się w mojej głowie myśli - czy to ma sens i jest bezpieczne?. Przecież gdybym skręcił nogę to prawdopodobnie nie przeżyłbym z wychłodzenia nocy. Jeszcze tak wcześnie i już było mi bardzo zimno w mojej wiatrówce. Według gps przeszedłem około 1/3. Zawróciłem.
Wracając wszedłem na teren budynków klasztornych. Spotkałem jednego mnicha ale próba nawiązania rozmowy nie powiodła się. Niespełniony wrocilem do lodge. Właściciel mieszka obecnie w US. Był przewodnikiem wysokogórskim. Miał 21 wejść na Everest. W lodge dużo zdjęć, dyplomów i pucharów. Bardzo solidny budynek i jak na standardy nepalskie czysty.

16 kwiecień.
Odcinek zamykający loop czyli do Namche Bazar - 3440 m. Wyszliśmy na trasę o 8:10. Po drodze zrobiliśmy jedną dłuższą przerwę, podczas której wdałem się w przyjazną pogawędkę z młodą parą francuską mającą zamiar przejść dwie przełęcze i zaliczyć EBC. Po drodze minęliśmy kilka wiosek, które z oddali wyglądają przepięknie. Podobnie jest z Namche.

17 kwiecień.
Mój ostatni odcinek z Naba. Od początku narzuciliśmy ostre tempo aby uniknąć popołudniowego deszczu. Ponownie szliśmy „autostradą” wiodącą na EBC. Tłumy ludzi, mułów i yaków. Trasa po nocnym deszczu bardzo niebezpieczna. Błoto wymieszane z odchodami zwierząt i jeden wielki smród ciągnący się od Namche do Lukla. Tylko to zapamiętałem. Przejście zajęło mi 5 godzin i 43 minuty. Pożegnałem się z Naba i wręczyłem mu $100 napiwku. Wynająłem go na 18 dni a był ze mną 17. .Odniosłem wrażenie, że spodziewał się więcej.
Od jutra przez 3 dni będę maszerował sam, nareszcie sam.
Około 17:00 zaczęł niesamowicie padać deszcz.

18 kwiecień.
Śpię już normalnie jak w domu czyli 5-6 godzin. Wstałem parę minut po 5:00, spakowałem plecak i o 6:00 zszedłem na śniadanie i zapłacić. Lukla wyszła najdrożej bo $33 za dobę. Około 6:30 pojawił się Naba. Powiedział, że musi mnie wyprowadzić poza miasteczko. Przypomniał raz jeszcze trasę oraz polecił gdzie mam się zatrzymać i na co uważać. Ostrzegł, że będą duże kolumny mułów ale mało turystów. Udawałem grzecznie, że słucham. Mój plan nie pokrywał się z jego. Mój zakładał, że dwa pierwsze dni idę na maksa a trzeci krótki na luzie.
Wyszliśmy z hotelu o 7:15 by kilka minut później pożegnać się po raz drugi.
Powoli zacząłem schodzić coraz niżej. Kiedy byłem już rozgrzany i gotowy wejść w swoje tempo zaczęła się makabra o wiele gorsza od wczorajszej.
Trasa bardzo zniszczona przez zwierzęta w dodatku mnóstwo błota zmieszanego z odchodami. Gdybym wiedział co mnie czeka to napewno nie pakowałbym się w to. Polak mądry po szkodzie. Powoli brnąłem do przodu.
Spotkałem polską grupę pod przewodnictwem Magdy idącą w kierunku Lukli. Pogadaliśmy kilkanaście minut i każdy poszedł w swoją stronę. Myślę, że gdzieś na website czytałem już o niej. Bardzo sympatyczna dziewczyna.
Brnąłem dalej przez gówno-błota. Posilony ostatnią czekoladą przeszedłem wioskę, w której miałem jeść lunch. Minąłem Kharte gdzie miałem mieć nocleg. Deszcz z gradem zatrzymał mnie w kolejnej wiosce - Bupsa (2059 m).
W lodge spotkałem parę angielską w moim wieku, młodą parę z Białorusi, Niemca i Szwajcara. Ja kończę a pozostali rozpoczynają.

19 kwiecień.
Zaplanowałem sobie dojście do Taksindu. Udało się tego dokonać ale z wielkim trudem. Ostatnia część trasy to ponad tysiącmetrowa wspinaczka. Straciłem dwie godziny ponieważ poszedłem w złym kierunku. Kiedy doszedłem do końca wioski ponownie zaczął padać deszcz. Wstąpiłem do ostatniego domu i zapytałem o nocleg i kolację. Cena bardzo przystępna ale o wiele gorzej z higieną. Mimo tych zastrzeżeń zostałem. Poczęstowano mnie milk tea a na kolację był daal bhat. Był to mój pierwszy nocleg w tea house.

20 kwiecień.
Ostatni dzień trekingu. Chciałem jak najszybciej opuścić to miejsce. Czułem się w tej rodzinie źle mimo, że bardzo lubię Nepalczyków. Mężczyzna był ok ale kobieta zionęła niechęcią. Szybko się ubrałem, spakowałem i po uiszczeniu opłaty opuściłem tą rodzinę mówiąc, że dla mnie za wcześnie na śniadanie.
Po 5-8 minutach doszedłem na najwyższy punkt przełęczy. Ku mojej radości stał tam piękny lodge, do którego postanowiłem wstąpić i zjeść śniadanie.
Poznałem ciekawych ludzi i obficie podjadlem. Posilony na ciele i duchu wyruszyłem do długiego zejścia w kierunku Phaplu. Po przejściu około 1/3 trasy wszedłem na drogę, którą doszedłem na miejsce. Wybrałem lodge, zarezerwowałem miejsce w jeep, sprawdziłem czy można zjeść mo: mo.
Po godzinie jadłem moją ulubioną potrawę z nadzieniem warzywnym popijając zupą, która wyglądała i smakowała jak polski żurek.


Te ostatnie trzy dni trekingu były dla mnie jedynie udręką a dojazd jeepem do Kathmandu - piekłem. Malutki jeep marki Tata zabiera 9 osób. Po cztery w dwóch rzędach i jeden pasażer obok kierowcy. W moim rzędzie trafiłem na nepalkę, która miała sporą nadwagę i potrzebowała 1 1/2 siedzenia. Jechaliśmy jak śledzie. Droga w opłakanym stanie i częste postoje. Bliżej południa każdy taki postój to niesamowity wręcz smród w aucie. Troje pasażerów wymiotowało. Prawdopodobnie to codzienność bo kierowcy mają specjalne reklamówki.
Pasażerowie po opróżnieniu swoich żołądków wyrzucają reklamówki przez okna auta.
Gdybym tu jeszcze raz powrócił to w życiu nie wybiorę tej opcji.
Z miejsca, w którym mieszkam zrobiłem sobie dzisiaj wycieczkę do katedry.
Przeszedłem ok 7 km ale na Thamel wróciłem taksówką.
Już jutro po południu wracam do domu.8

duncan76
 
Posty: 1107
Dołączył(a): Śr 04 kwi, 2007
Lokalizacja: Tychy

Re: Himalaje - Trzy przełęcze.

Cz 25 kwi, 2019

Dzięki za relację, zawsze z przyjemnością czytam opisy z takich wypadów, zwłaszcza, że zwracasz uwagę nie tylko na blaski ale i cienie wyjazdu. To jest coś co mnie poważnie odstrasza od wyjazdów w takie popularne regiony - tłumy, komercjalizacja i wszechobecny syf.

kazber
 
Posty: 83
Dołączył(a): Śr 02 lis, 2016
Ulubione góry: Skaliste

Re: Himalaje - Trzy przełęcze.

So 27 kwi, 2019

To był mój pierwszy pobyt i z powodzeniem EBC mogłem ominąć. Niestety część mojej trasy pokrywała się z tą prowadzącą do EBC. Moim skromnym zdaniem powinni zacząć regulować przepływ ludzi, wprowadzić dzienne kwoty , loterie itp.. Niestety, jest jak jest. A jest źle.

Powrót do Relacje

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość