Nie ma, że się nie da - relacja z wyprawy w Beskid Śląski

Posiadając małe dziecko nie trzeba rezygnować z górskich wypraw i wycieczek, wręcz przeciwnie - czy może być coś lepszego niż zaszczepienie własnej latorośli miłości do gór?

Moderator: Moderatorzy

Grzgrz
 
Posty: 1
Dołączył(a): Śr 10 sie, 2016
Ulubione góry: wypukłe

Nie ma, że się nie da - relacja z wyprawy w Beskid Śląski

Cz 11 sie, 2016

Cześć - jako, że anonimowo podczytywałem forum przygotowując się do tegorocznej (2016) wyprawy, to w ramach podziękowania za wszystkie trafione (i nie) podpowiedzi - relacja z naszej czteroosobowej wycieczki w Beskid Śląski. Prośba o niepowielanie bez mojej zgody.

Osoby dramatu:
Magdalena – matka, ciągnik, zawsze młoda.
Grzegorz – ojciec, pchacz, niedorosły.
Teofil – syn, ok 25 kg, 5,5 roku.
Poliksena – córka, ok 15 kg, 2,5 roku.

Nie da się ukryć, że jesteśmy z żoną nałogowcami - uzależnieni jesteśmy od łażenia po górach - byle wypukłe były. Ale 5,5 roku temu pojawił się na świecie Teofil, potem Poliksena i jakoś takoś się złożyło, że przez 6 lat dotarliśmy najdalej na szczyt kaszubskiej Wieżycy (i jeszcze kilka przejazdów przez góry w drodze nad ciepłe morza, ale to się nie liczy).

Ten odwyk przetrwaliśmy dzięki weekendowym wyprawom po kaszubskich bezdrożach (Ola - dzięki za wszystkie trasy!), ale to jednak nie to samo. Dzięki tym wycieczkom wiedzieliśmy jednak, że nasz wózek rowerowy doskonale sprawdza się w roli bagażnika i karocy dla małego dziecka, a i - jak grzecznie go poprosić i z lekka popchnąć - wjedzie wszędzie.
Zapadła zatem decyzja: w tym roku w góry! W jakie? No przecież - Bieszczady - cisza, spokój, mało ludzi... . No, a jak dzieci nie dadzą rady? E tam, dadzą. A jak zachorują? (...) Na pewno znacie te dialogi. Koniec, końców - Beskid Śląski - góry jak się patrzy, a jakby co, to czy zleziesz w prawo, czy w lewo, to na cywilizację trafisz.

Kilka godzin nad mapami, kilka pytań tu i tam, upewniania się co do szlaków i mamy trasę – Szyndzielnia – Klimczok – Przełęcz Karkoszczonka – Salmopol – Przełęcz Malinowska – Barania Góra – Malinowska Skała – Skrzyczne – Buczkowice. Wózek powinien przejechać, noclegi w schroniskach lub pod brezentem, jedzenie i wodę weźmiemy ze sobą, gotowanie na składanym piecyku opalanym drewnem. Potem kilka tur zakupów i niecierpliwe oczekiwanie na początek sierpnia, przy czym ostatni tydzień naznaczony koniecznością rozpinania brezentu w pokoju dzieci – nie było mowy o spaniu w łóżkach.

W końcu, w pierwszy sierpniowy poniedziałek wpakowaliśmy się do vana i pojechaliśmy na Śląsk. Odkąd autostrada omija Łódź, dystans znad morza jest zupełnie pomijalny i po chwili byliśmy już w Bielsku-Białej. Van został na parkingu, a my, przepakowani (ciuchy i lekkie rzeczy w plecakach, jedzenie i obozowisko w wózku) i przebrani ruszyliśmy na Szyndzielnię. Na początek rzecz nie do odpuszczenia – wjazd kolejką linową na górę. Dzieciaki zachwycone, a my ucieszeni, że łapią bakcyla.

Obrazek
Trochę buja

Nieco zamieszania przy wyładowywaniu wózka i na górze krótki spacer do schroniska. Tu od razu daje się odczuć klimat górskich wędrówek – surowo ale schludnie i miło. Schronisko na Szyndzielni ma fantastyczną jadalnię – z widokiem na Bielsko, Żywiec i Beskid Mały/Żywiecki i pysznymi zupami. Żurek i pomidorowa zniknęły w try miga, a my załapaliśmy się jeszcze na niesamowitą, wieczorną mszę odprawianą przez księdza opiekującego się grupą ministrantów mieszkających w schronisku.

Rano szybkie pakowanie, śniadanie na tarasie i w drogę. Lekki spacerek czerwonym szlakiem do schroniska pod Klimczokiem okazał się nieco cięższy niż planowano – młoda zasnęła w wózku. Przy schronisku została jednak z wózka wywabiona batonem zbożowym i odzyskała pełnię sił. Po herbacie, zabawie z przyschroniskowymi królikami i obowiązkowej pieczątce ruszyliśmy dalej. Wciąż czerwonym szlakiem, w kierunku Chaty Wuja Toma na przełęczy Karkoszczonka. Tu skończyły się żarty – trawers Klimczoka jest wąski, miejscami stromy i bardzo wyboisty. Magda wzięła na siebie holowanie dzieciaków, a ja pchanie naszego dobytku. Poszło świetnie, choć któryś z korzeni po drodze naruszył podłogę wózka, co później miało się dać we znaki. Już wtedy mieliśmy okazję zaobserwować trzy typy reakcji ludzi na szlaku na nas – od pełnego szacunku niedowierzania, przez nieco zazdrosną podejrzliwość, po stukanie się w głowę ;) Za wszystkie słowa wsparcia i oferowaną pomoc serdecznie dziękujemy – to bardzo miłe. Po trawersie zostało już „tylko” 200 metrów po stromym rumowisku skalnym w dół, na przełęcz i byliśmy na miejscu. Tu szybkie rozpoznanie warunków, płacimy za miejsce pod namiot i rozbijamy obozowisko.

Obrazek
nad Chatą Wuja Toma

Chrzest bojowy przechodzi nasz piecyk na drewno – zdał egzamin doskonale i niemal litrową puszkę zupy podgrzał ekspresowo. Gdy my zajęci byliśmy ogarnianiem obozu, obok nas rozbiła się inna rodzina – też z Gdańska. Teoś z kolegą z owej rodziny zajęli się sobą, co nam pozwoliło nieco odpocząć od zajmowania się dziećmi. W nocy przetestowaliśmy też nasze założenia co do noclegów polowych – karimaty na ziemi, pod brezentem rozpiętym na kijkach trekkingowych zdały egzamin i następnego dnia bez obaw udaliśmy się w dalszą drogę, z założeniem, że nocujemy tam gdzie dojdziemy (ale, że dojdziemy na Przełęcz Malinowską). Chwilę przed wyjściem wyskoczył do nas szef schroniska i podpowiedział alternatywną drogę na pierwszy szczyt (Beskid, 860 m.n.p.m.), omijającą wąski trawers. Pięknie dziękujemy! Szeroką i wygodną drogą wyszliśmy w górę, po drodze odwiedzając miejsce kaźni Marii Paluch i dwójki jej dzieci, spalonej żywcem przez Niemców w odwecie za pomoc partyzantom. Stamtąd, nadal szerokim traktem, z widokiem na Skrzyczne z jednej strony i Klimczok z drugiej doszliśmy do podejścia na Hyrcę (928 m.n.p.m.). Tutaj ujawniły się słabe strony podróżowania z wózkiem – strome, usiane skałami i progami podejście dało mi mocno w kość. Wózek jednak doskonale poradził sobie z progami i kamieniami i przystając co parę metrów wywindowałem się na szczyt. Towarzyszył mi Teoś, który dzielnie znosił trudy marszu i ojcowe sztorcowanie, że ma mówić „dzień dobry” innym piechurom. Po dłuższej chwili dołączyły do nas dziewczyny i po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej.

Obrazek
W drodze na Hyrcę

Kolejne, już łagodniejsze podejście na Kotarz (974 m.n.p.m) i niespodzianka, na szczycie pojawił się mały bufet, w którym tankujemy herbatę oraz lody, a dzieci dodatkowo buszują w krzakach jagodowych. Bez ociągania ruszamy dalej, i przez Grabową (905 m.n.p.m.) docieramy na Przełęcz Salmopolską. Tu pierwsza poważna rewizja planów – żadną miarą nie damy rady dojść prze Malinów na Malinowską Przełęcz – z dziećmi i wózkiem idzie się o wiele wolniej niż normalnie. Zjedliśmy pyszne pierogi w knajpie na przełęczy i po raz kolejny z pomocą przychodzi nam przemiły góral. Okazuje się, że trawersem Malinowa biegnie techniczna droga leśna, nią powinniśmy dotrzeć na miejsce bez problemu. Ponownie – przepięknie dziękujemy! Kierując się radami pana z restauracji ciśniemy w promieniach zachodzącego słońca na przełęcz, gdzie docieramy akurat w porę aby rozbić brezent, zrobić herbatę i popodziwiać panoramę z Baranią Górą, Stożkiem, oraz Tatrami Zachodnimi i Małą Fatrą w tle. Magdę nieco nastraszył niedźwiedziami, wilkami i innym złem wcielonym przechodzący w przeciwnym kierunku kierownik jeziora, jednak dzielna dziewczyna uwierzyła, że prognoza jest ok, a niedźwiedzi w Beskidzie Śląskim za wiele nie ma i była w stanie zasnąć.


Obrazek
Widok z namiotu (dla zainteresowanych - widać też piecyk na drewno)

Obrazek
Nasze obozowizko

Z rana szybko podgrzewamy herbatę, pakujemy manatki i w drogę. Spaliśmy nieco poniżej przełęczy (~950 m.n.p.m), szybko wydostaliśmy się z powrotem na czerwony szlak, z którego niebieskim przedostaliśmy się na zielony i przez kolejne szczyty dotarliśmy pod Baranią Górę (1220 m.n.p.m.). Tu po raz kolejny wzbudzaliśmy, raz po raz, sensację, że chcemy z wózkiem na Baranią. Ja nie wejdę? Wszedłem, choć wąsko i stromo – do tego trzeba mieć sporo pary, polecam tylko dobrze znającym swoje możliwości. Dzieciaki oczywiście na górę zaholowała Magda. Dosyć mocno dostałem w kość tym podejściem i postanowiłem przy najbliższej okazji pozbyć się konserw – zawracanie głowy z nimi. Z Baraniej w dół, na Przysłop to już spacerek, choć z dużą stratą wysokości i po kamieniach. Wózek przejęła ode mnie Magda, a ja holowałem dzieciaki. Pod koniec Polę musiałem zapakować na pas biodrowy i znieść ją do schroniska – nie tylko mi ten etap dał w skórę. Teoś, zaprawiony w kaszubskich rajdach, okazał się być niezniszczalny. Na Przysłopie nic się nie zmieniło od 20 kilku lat, gdy byłem tam po raz ostatni. No, może tarasu wtedy nie było. Za to jedzenie nadal pyszne, a wieczorny Radler chyba nigdy mi aż tak nie smakował.

Rano rewizja planów – nie ma mowy, abym po kamieniach windował wózek z powrotem na Baranią Górę, schodzimy do Wisły, robimy sobie dzień przerwy na regenerację. Jajecznica w schronisku, pozbywam się konserw i łatam jak się da zerwaną już zupełnie podłogę w wózku. Wizyta Izbie Leśnej nieopodal schroniska i lekki spacer do Wisły. Który to lekki spacer okazał się być ciężkim marszem na obolałych nogach w 30 kilku stopniowym upale. Na miejsce noclegu na szybko złapane przez booking.com dotarliśmy późnym wieczorem, wykończeni. Kolejna zmiana planów – musimy odpocząć jeden dzień w Wiśle, kolejnego dnia podjedziemy autobusem na Przełęcz Salmopolską i wrócimy na szlak w kierunku Skrzycznego.
Dzień w Wiśle jak to dzień w Wiśle – pizza, gofry, przejażdżka ciuchcią – jednak trafiliśmy na paradę zespołów muzycznych otwierających 53 Tydzień Kultury Beskidzkiej, dzięki czemu zobaczyliśmy m.in. meksykańskich Indian w strojach ludowych. Czy raczej bez strojów. A, że po drodze wydarzyło się drobne załamanie pogody, to dumni wodzowie w piuropuszach, świrknący na zimnym wiślańskim rynku stanowili nie lada atrakcję.
Kolejnego dnia ruszyliśmy autobusami na przełęcz, gdzie znaną nam już drogą omijającą Malinów dotarliśmy na zielony szlak, do podnóży Malinowskiej Skały. Regeneracja podwoiła moje siły i na szczyt dotarłem migusiem.

Obrazek
Cichy bohater wyprawy – wózek rowerowy Croozer

Malinowska Skała w niedzielę jest oblegana – łatwo tu dotrzeć ze Skrzycznego, na które wyciąg krzesełkowy wwozi duże ilości turystów. Większość niestety w przysłowiowych klapkach. W długiej kolumnie wycieczkowiczów dotarliśmy zatem przez kolejne wzniesienia pod schronisko na Skrzycznem (1257 m.n.p.m.). Przykro to pisać, ale zanim wyciągiem nie zjechali na dół wszyscy przypadkowi turyści było tu najzwyczajniej w świecie nieprzyjemnie – tłoczno, głośno, mnóstwo pijanych ludzi, śmieci. Jednak gdy odczekaliśmy do 18:00 miejsce przeszło magiczną metamorfozę – stało się cicho i sennie. Zjedliśmy obiad – niestety najgorszy wśród schroniskowych, masówka daje się we znaki i poszliśmy spać. Szczęśliwie odremontowane schronisko oferuje z kolei najlepszy standard noclegów wśród odwiedzonych przybytków PTTK.

Rano już w dół – schodzimy zielonym szlakiem do Szczyrku. Dosyć trudny, stromy i wąski, trawers z przepięknymi widokami. Na dole obiad, lody i autobusem do Bielska. W Bielsku nocleg w vanie, na kempingu Dębowiec, odwiedziny u rodziny Magdy i w drogę do Gdańska.

Obrazek
Na ostanim zejściu ostatecznie ducha wyzionęły moje ulubione Salomony

Sprawdziło się:
- brezent (nie wiem czy nie ma lepszego określenia w j. polskim na „tarp”) - lekki, pakowny, awaryjny (albo planowany) nocleg dla całej rodziny. Rozbija się na kijkach trekkingowych i szpilkach albo okolicznych mocowaniach.
- wózek. Croozer to pancerny zawodnik. Kropka.
- palnik na drewno. Składany na płasko, leciutki i mały – w zupełności wystarcza, żeby zagrzać puszkę albo wodę na herbatę. Niezależność od paliwa z miasta.
- okulary przeciwsłoneczne z Castoramy. Nie lubię wydawać pieniędzy na czyjś marketing – czasem nie mam wyboru bo charakterystyka użycia nie pasuje do przeznaczenia tańszego przedmiotu. Okulary dla budowlańca mają chronić oczy przed słońcem przy całodziennej pracy na powietrzu. Czyli w sam raz do chodzenia po górach – lekkie, wytrzymałe, wygodne. 20 złotych.
- batony zbożowe – świetna przekąska na trasę. Wybraliśmy takie, z możliwie małą ilością przemysłowych dodatków w rodzaju syropu glukozowo fruktozowego, utwardzaczy itp.
- tanie rzeczy z Decathlonu – zbiorowo – od ręczników, przez koszulki i plecaki dla dzieci, po karimaty – wszystko z najtańszych półek. Było ciepło, lekko, schło szybko, pojemnie itd. itp. Dobrze wydane, niewielkie pieniądze,
- pogoda. Co tu kryć, mieliśmy fantastyczną

Nie sprawdziło się:
- planowanie przejść. Trudno i darmo, z dwójką małych dzieci idzie się dwa albo i trzy razy wolniej. Ostateczne modyfikacje trasy opisano w tekście powyżej.
- planowanie jedzenia. Obiady łatwiej i wygodniej jeść w schroniskach/knajpach. Na Przysłopie zostawiliśmy smaczne, 850 gramowe puszki Arpolu w schronisku, z nadzieją, że komuś się przydadzą bardziej niż nam. No i nie ukrywam – ładnych parę kilo mniej do pchania w wózku. Natomiast upieczone przez małżonkę chleby godnie przetrwały całą podróż i w połączeniu z serkami, pasztetami itp. zapełniały nam kałduny.

Avatar użytkownika
gobo
Moderator
 
Posty: 703
Dołączył(a): Wt 29 maja, 2007
Lokalizacja: Rybnik
Ulubione góry: puste

Re: Nie ma, że się nie da - relacja z wyprawy w Beskid Śląsk

Cz 11 sie, 2016

Mówią, że to forum to już tylko tablica ogłoszeń. A tu proszę! Bardzo fajna relacja :)

Powrót do Z dziećmi w góry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: MSN [Bot] i 1 gość